czwartek, 16 lipca 2009

do not fear







Powróciłam z Mazur, na których to moja prawa ręka przeżyła piekło. O ile od marca męczy mnie nawracająca wysypka, o tyle w Marksewie obie ręce świetnie się goiły... do czasu. Właśnie, dopóki w nocy nie zaczęłam przez sen drapać prawej ręki, na której pojawiła się żywa rana. Co mi z niej nie leciało! Aby nadać sensacji opowieści, mogłabym nawet przyznać, że leciało wszystko, sok pomarańczowy również. Wycierpiałam się z tą ręką drugi tydzień pobytu nad jeziorem - nie pomagało nic, mydło, clotrimazolum, szałwia, rumianek. Dopiero, kiedy przyjechał tata, zabrał mnie na dyżur ambulatoryjny. Lekarz był profesjonalny - rzucił "zapalenie alergiczne" i przepisał maść z antybiotykiem, po której od razu mi się poprawiło i po żadnej ranie czy wysypce nie ma już prawie śladu. Zapalenie alergiczne! A lekarz pierwszego kontaktu z Warszawy nie był w stanie powiedzieć co mi jest i dał jakąś maść robioną która w ogóle mi nie pomogła! Zrozum tu kompetencje niektórych lekarzy.
Tak poza tym, na Mazurach było sielsko. Dobra pogoda, dobry alkohol, dobre żarcie i luksus. Choć przyznam, że najchętniej wylegiwałam się całymi dniami w łóżku - to był dla mnie prawdziwy odpoczynek od stolicy, w której zazwyczaj biegam jak niewyżyta na spotkania ze znajomymi. I nauczyłam się całkiem niewybrednych powiedzonek - "liż mi dupę", "żryj gówno", czy "łykaj grzyba aż po same kule". Wakacje spędzone z rodziną mają swoje plusy, prawda?
Pogoda daje w kość i bynajmniej nie zachęca do wyjścia na zewnątrz. Ciśnienie miażdży mi głowę i wywołuje mdłości. Masakra. Odliczam dni do powrotu mojej Różyczki, planuję co jej pokazać, co powiedzieć na najbliższym spotkaniu. Stęskniłam się, miesiąc rozłąki to nie myszka Mickey. Ach, żeby było jasne - moja dziewczyna jest ratowniczką. Taka jestem próżna i muszę się nią pochwalić, bo jestem z niej dumna jak paw.
Bez względu na upały, herbata w szczotkach przynajmniej raz w tygodniu. To mi się podoba!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz