W ogóle, to powinnam wyjść bardziej do ludzi, ale tak w sumie, to mi się nie chce/nie umiem(?). Nocowałam dziś u Gośki, chociaż chyba, wykorzystując cudowną zabawę zwaną słowotwórstwem, powinnam powiedzieć, że "porankowałam". Przyzwyczaiłam się w ciągu pięciu dni do tabletek, które zaleciła mi brać przed snem pani psychiatra. Wczoraj wieczorem nie miałam ich przy sobie, nie wiedziałam, że będę spędzać noc poza domem, więc ich nie wzięłam. I zasnęłam o czwartej nad ranem. Nieznośnie.
Tak swoją drogą, to lustra u Gośki są chyba jakieś wyszczuplające, bo jak się oglądałam od wszystkich stron, to moja figura wcale nie ssie tak bardzo, jak myślałam. Oby tak dalej, nie mam już przynajmniej tego okropnego wrażenia, że powinnam się siebie wstydzić na potęgę z racji zbyt dużych kształtów. Jakoś to będzie.
Ten weekend pusty taki, dobrze jednak, że nie zrezygnowałam z japońskiego, bo... Nie miałabym w innym przypadku niczego. Na własne życzenie, jak zwykle zresztą. Chyba nawet lokaja nie potrzebuję, mam wszystko, czego chcę. Pozornie chcę.
Patrick Wolf jest geniuszem, a japoński to piękny język - taki zapał do nauki mi przyszedł. Uwielbiam te miękkie sylaby, na pierwszy rzut oka ułożone chaotycznie, a w rzeczywistości zespolone w doskonałą jedność. To urocze brzmienie. Chiisai. Atarashii. Yasashii. Cudo.
Chciałabym, żeby weekend wyglądał nieco inaczej, chciałabym spontanicznie odezwać się do kogoś znajomego i zaproponować spotkanie. Chęci się tlą, gorzej z głupią śmiałością.
A chcieć to se możesz, Ap.
niedziela, 15 marca 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz